Odbudowywanie straconego zaufania jest trudne. Wystawienie się na publiczne oko, gdy cała miejscowość wie co zrobiłaś jest jeszcze trudniejsze. Próba odnalezienia zatraconej miłości jest wyczynem wręcz ekstremalnym. W życiu nie warto się poddawać, w życiu wręcz nie można się poddawać, jest to czymś zakazanym. Przez życie trzeba iść z uśmiechem, choć chwile zawahania przychodzą zbyt często, a uśmiech opuszcza nas prawie każdego dnia. Może tylko czasami jakieś chmury przysłaniają nasze słońce, które góruje nad nami przez całe dnie. Moim słońcem byłeś ty, moim słońcem był twój uśmiech. W moim życiu przez trochę czasu obyło się bez większych anomalii pogodowych. Nagle rozpętała się jakaś burza. Moje słońce opuściło mnie na dobre, a co za tym idzie stosując się do powyższego schematu, poddałam się. Aż nagle pojawiłeś się ty, lekko niepewny, troszkę przestraszony i w mojej głowie znowu zagościło ciepłe powietrze.
- Chodź na spacer. - złapałeś mnie za dłonie i przeciągając każdy wyraz namawiałeś mnie do wyjścia. - No proszę. - uśmiechnąłeś się, wiedziałeś, że wygrałeś wiedziałeś jak bardzo działa na mnie ten uśmiech. Zgodziłam się. Było ciepło, można wręcz powiedzieć, że upalnie. Gdy weszliśmy na jedną z leśnych ścieżek i gdy na chwilę zrobiło się trochę zimniej, przystanęliśmy. Zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawiać tak normalnie, tak jak kiedyś. I wtedy pierwszy raz od dawna mnie pocałowałeś. Krótko, delikatnie, subtelnie. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, serce przyśpieszyło swój bieg, a w moim brzuchu tysiące motyli właśnie urządzało sobie wyścig. Odsunęłam się od ciebie, głowę spuściłam i jak trafiona czymś wpatrywałam się w ziemię. Dłonią lekko pogłaskałeś mój policzek i chwytając mój podbródek uniosłeś go ku górze. Byłeś rozpromieniony można zaryzykować, że byłeś szczęśliwy. Złapałeś mnie mocno w talii i przyciągając do siebie pocałowałeś, znowu. Tym razem w skroń, tak jak zawsze lubiłam.
Siedziałam sama w pokoju. Mała lampka przy biurku wydzielała słabe światło. Malowałam paznokcie. Mocnym, czerwonym kolorem pokrywałam płytki kolejnych z nich. Czekając na wyschnięcie lakieru przeglądałam jakieś stare zeszyty natknęłam się na jeden z moich pamiętników. Deszcz ustawał już za oknem, a ja coraz mocniej przypominałam sobie minione wydarzenia.
Jest Wigilia, a ja pochopnie czekam na coś co nigdy się nie wydarzy. Jak bardzo naiwna spoglądam ciągle za okno. Nie wierzę w to, że choć na chwilę mignie mi tam twoja postać, lecz pokusa sprawdzenia jest coraz bardziej mocna. I robię to kolejny raz, kolejny raz wstałam sprzed biurka, kolejny raz prawie wywróciłam się zahaczając o dywan, kolejny raz odsłoniłam ciężkie, granatowe zasłony i kolejny raz wyjrzałam za okno. Albo zmęczenie i smutek źle na mnie działało, albo na prawdę tam stałeś. Stałeś tam, a ja stchórzyłam i chowając się szybko, i zaciągając za sobą zasłonę usiadłam na podłodze i nie dowierzałam w to wszystko.
Uśmiecham się do siebie i spoglądając na czerwień moich paznokci zastanawiam się nad tym wszystkim.
Dziękuję, że mi zaufałeś.
-----------------------------------------
Nie wyszło tak jak chciałam, wyszło zbyt optymistycznie, zbyt krótko, z bardzo dużą ilością błędów, ale, ale muszę się wam przyznać, że kocham to opowiadanie. Wiele z nim przeszłam, lekko się z nim związałam i teraz trudno mi je opuszczać, na dodatek po tak krótkim czasie spędzonym wspólnie z nim.
Nie pozostaje mi nic więcej jak zaproszenie na pozostałe blogi, gdzieś mnie zawsze znajdziecie.